berlińskie impresje #3

6 05 2008

Z pierwszej wizyty w Berlinie pamiętam odjechanych barwnych ludzi. Przyjechałam wtedy do domu z głową pełną pomysłów. Faktycznie w Berlinie ludzie ubierają się interesująco, ale podczas ostatniej mojej wizyty chyba wszyscy się gdzieś poukrywali po kątach, bo na palcach jednej ręki mogę policzyć takich, na których warto było oko zawiesić. Może to kwestia tego, że przywykłam do widoku ubraniowych freaków oglądając blogi modowe, czy strony ze street fashion. Jestem oswojona z widokiem ludzi nie znających ograniczeń w stylizacji. No ale bez przesady…Żeby tak nic mnie nie zainspirowało? Trochę się rozczarowałam, bo po berlińczykach spodziewałam się jednak czegoś więcej. Liczyłam trochę na to, że zaskoczą mnie czymś zupełnie nowym, świeżym spojrzeniem na kwestie stroju. A tu nic. Najbardziej odjechany to jest ten ostatni facet. ;)

Ten sam pan na zdjęciu z serii “wyostrz wzrok”. ;)

Tak, na zdjęciach są sami mężczyzni. :D




berlińskie impresje #2

3 05 2008

Przygotowując się do wyjazdu do Berlina pospisywałam sobie adresy lumpeksów, które chciałabym tam odwiedzić. Większość z nich znalazłam u Piksi, która swego czasu była w Berlinie i miała rozeznanie w tym temacie. Berlin słynie z secondhandów, jest ich tam multum, nawet w przewodniku wymienionych było kilka adresów. Tamtejsze lumpeksy to raj. Można tam znaleźć bez trudu wszystkie pożądane gadżety i ciuchy. Torby-kuferki, koszule z wiązaniem z przodu, chustki w ludowe wzory, retro buty jakie tylko sobie wyobrazimy. I to nie jest tak, że musimy szukać tych perełek wśród stert mniej fajnych rzeczy. Tam są same perełki, można dostać oczopląsu. Nie można się skupić i spokojnie sobie czegoś wybrać, bo na pierwszy rzut oka chciałoby się kupić wszystko. Ilość rzeczy jest przytłaczająca. Szczerze mówiąc będąc w trzecim z rzędu secondhandzie stwierdziłam że mnie to po prostu przerasta. Ogarnęła mnie bezsilność wobec tego ogromu fantastycznych ciuchów i w końcu kupiłam tylko sukienkę i apaszkę. Teraz jak już się otrząsnęłam to cholernie żałuję, że tylko tyle…

Na pierwszy z lumpeksów (którego nazwy ani dokładnego adresu nawet nie pamiętam) natknęliśmy się przypadkiem na Kreuzbergu.

I teraz zabijcie mnie, ale nie wiem czemu nie kupiłam tego ostatniego kufra! Nawet nie zapytałam ile kosztuje, ale podejrzewam że sporo. Ten mniejszy bodajże 13 ojro. W ogóle zdjęcie jest do kitu, kufer był ciemnobrązowy, a przy tym naprawdę ogromny, jakieś 30 cm x 40 cm na moje oko.

W następnej kolejności zawędrowaliśmy do Checkpoint (Mehringdammstrasse 57). Tu kupiłam zieloną chustkę. Żałuję, że nie wzięłam tej spódnicy z trzeciego (i fatalnego) zdjęcia. Była za duża, ale co z tego, przecież można zmniejszyć! Nie widać tego, że jest plisowana.

Na koniec zostawiliśmy sobie Colours (Bergmannstrasse 102). Tutaj oszalałam. Część rzeczy była wyceniona -9,99 euro za sztukę, a część na wagę - 13,99 euro za kilogram. Kupiłam tylko sukienkę. Nie kupiłam fantastycznej szarej koszuli z wiązaniem z przodu, bo miała plamę przy rękawie. Szkoda, bo może plama by się uprała, a bluzka pewnie kosztowałaby 1 €, leciutka była…Nie kupiłam zielonego kuferka, bo uznałam że za mały (?!). Nie kupiłam pięknych zamszowych rudych czółenek w moim rozmiarze, na to nawet nie mam wytłumaczenia (kawałek tych butów jest nawet widoczny na 3 zdjęciu z lewej strony pierwszego stołu z butami, chlip, chlip). Na ostatnim zdjęciu, które kiepsko wyszło buszuję w zakątku sukienek, tam były setki retro kiecek! A ja kupiłam jedną…No mówię Wam, rozum mi odebrało! Berlińskie secondhandy są niebezpieczne. ;)




berlińskie impresje

1 05 2008

Wszystkim którzy tam nie byli polecam wizytę w Berlinie. To grzech tam nie pojechać zważywszy na odległość. W ciągu ostatnich dwóch lat odwiedziłam to miasto dwa razy, a na ogół nie lubię się powtarzać. Berlin działa jak magnes i ciągle chce się tam wracać. Miasto jest bardzo specyficzne. Pełne kontrastów, zaskakujące, “z oddechem”. Zachód styka się tu ze wschodem, sterylność z rozpierduchą, wielkomiejskość z kameralnością. Stolica, a życie toczy się niespiesznie. Berlin jest naprawdę rozległy, a biorąc pod uwagę minimalistyczną nowoczesną architekturę może wydawać się bezduszny. Nic bardziej mylnego - jest przytulny i bardzo przyjazny. Po prostu bardzo ludzki, bo z jednej strony mamy tam wszechobecny ordnung, z drugiej prowizorkę. Klimat jest nie do opisania, trzeba to zobaczyć na własne oczy. A naprawdę wystarczą dwa dni (na początek ;) ), żeby nacieszyć się tamtejszą atmosferą. Więc wyruszajcie, nie ma co zwlekać.

Nasza czwórka o 6 rano w Tiergarten.

Potsdamer platz nocą. Jedyne zdjęcie które udowadnia że rzeczywiście w tym Berlinie byłam. ;)

Bez roweru nie mogło się obyć. Ten na zdjęciu wynajęłam na miejscu, zdążyłam się już kurcze do niego przywiązać…

Mieszkaliśmy w sąsiedztwie Potsdamer Platz, w bardzo stylowym miejscu, w budynku w którym swego czasu mieścił się klasztor. Genialna lokalizacja.

A na koniec mały streetfashion z ulic Berlina. :D

To jeszcze nie koniec berlińskich opowieści i zdjęć.  Zapraszam na więcej. :)




coco chanel

29 04 2008

Dawno nie pisałam o inspiracjach, a jeśli o nich mowa to nie sposób nie wspomnieć o Coco Chanel. To się rozumie samo przez się. Zrewolucjonizowała modę, nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Komentarz jest tak naprawdę zbędny, nawet dziecko wie, że była kwintesencją stylu i smaku. Siła jej pomysłów tkwi w prostocie. Te proste czarne sukienki i sznury pereł są po prostu urzekające, a do tego niezwykle szykowne. Trochę nonszalancko, a jednak elegancko. To jest dopiero sztuka.

A przy okazji: dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak przeczytałam właśnie książkę “Kolekcja”. Jeśli chcemy się trochę odprężyć przy miłej lekturze, książka jest warta uwagi. Fabuła krąży wokół losów młodej krawcowej, która szukając szczęścia w Paryżu znajduje pracę w domu mody Chanel. Historia (zresztą dosyć banalna) jest kompletnie fikcyjna, stanowi jedynie pretekst do opisania ówczesnego świata mody “od kuchni”, a w szczególności kulisów pracy u Mademoiselle. Moim zdaniem w udany i zgrabny sposób udaje się autorce przybliżyć arkana powstawania kolekcji mody. Kolekcji mającej zburzyć stare zasady i wprowadzić nowe trendy. No a śledzenie procesu powstawania zaprojektowanych przez nią sukienek jest naprawdę fantastyczną sprawą i chociażby z tego względu warto “Kolekcję” przeczytać. Wprawdzie książka jest raczej z kategorii “lekka, łatwa i przyjemna”, ale trzeba przyznać, że naprawdę bardzo fajnie się czyta o powstawaniu ubrań. To idealna lektura na leniwy ciepły dzień. Mimo pewnej przewidywalności, książka jest ciekawa i wciągająca. Okazuje się na przykład, że straszna jędza była z tej Coco Chanel. ;) Ale niewątpliwie wizjonerka. Dla zainteresowanych modą “Kolekcja” to nie lada gratka. Tematyka naprawdę wdzięczna i jakże bliska memu sercu. Jak się okazuje czytanie o ubraniach jest prawie tak samo przyjemne jak ich noszenie. :D




wróciłam

28 04 2008

Jestem z powrotem. Byłam w Berlinie. :) Przywiozłam sporo zdjęć, dwie zdobycze ciuchowe, inspiracji niestety żadnej. Ale o tym innym razem. Sfotografowałam szybko sukienkę i chustkę które kupiłam w berlińskich secondhandach. O samych secondhandach wpis także innym razem. Oj będzie o czym pisać przez najbliższe dni!

Za sukienkę zapłaciłam trochę ponad 6 euro, chustka kosztowałam dokładanie 1 euro. Nie wiem jakie jest pochodzenie chustki, ale kiecka jest w 100% vintage.




jedziemy na wycieczkę

24 04 2008

Dzisiaj wyjeżdżam. Kolejna notka dopiero w poniedziałek. Celu podróży na razie nie zdradzę, mam ochotę zasiać atmosferę tajemnicy i oczekiwania na rozwiązanie zagadki. :D Jadę tam drugi raz i jestem z tego powodu bardzo podekscytowana. Mam nadzieję przywieźć kilka ciekawych zdjęć, a może zdobyczy ciuchowych (?). Na pewno przywiozę mnóstwo inspiracji, wszak jadę do kosmopolitycznego raju, miasta niezwykle otwartego, pełnego różnorodnych ludzi, prawdziwego tygla kulturowego. Tak więc do usłyszenia za kilka dni. Adieu!




setka

22 04 2008

Setna notka. :D Ja tam popijam szampana z truskawkami i Wam polecam to samo. ;) Dołączam okolicznościowe zdjęcie - z kwiatami. Dostałam je wprawdzie z innej okazji, ale akurat pasuje. Świętujemy!

Parka: h&m

Chustka/scarf: secondhand

Okulary/shades: h&m

Rurki/skinny jeans: h&m young

Buty/shoes: deichmann





anty-inspiracje

18 04 2008

Mam czasem wrażenie, że tracę rezon, rozpęd i pomysły. Że pochłania mnie jakaś nijakość. Że się wtapiam w tło. Czasami tak jest, głównie jak człowiek nie ma czasu, jest zapracowany. Wtedy ubieranie się ma wymiar jedynie praktyczny, przestaje być aktem twórczym. Ostatnio odniosłam wrażenie, że popadłam znowu w ten stan. On mnie czasami nawiedza i nie jest za fajny. Nie mam pomysłu na siebie, nawet nie do końca wiem co mi się podoba, brakuje mi rozeznania. Zupełnie stoję w miejscu, zero progresu. Jakoś ostatnio moja ścieżka stylistyczna po której podążam trochę się zatarła i z lekka zgłupiałam. Można taki etap poznać po tym, że ze zbyt dużą łatwością przychodzi wymyślanie w co się ubrać, że wszystko jest powtórką z tego co znane, że kopiujemy własne patenty. Właśnie czuję, że wyczerpałam wszystkie kombinacje z mojej poprzedniej bazy danych i potrzebny mi jest kopniak żeby iść dalej. To bardzo niebezpieczny moment. Kserowanie samego siebie to jest pół biedy, ale można w tym miejscu utknąć na dobre. Ba - można się uwstecznić! Czekam na jakiś powiew świeżości, na coś całkiem zaskakującego. A tu lipa. W takiej chwili łatwo dać się złapać na haczyk. Brać pomysły innych za swoje i wcielać je w życie. Ulec presji otoczenia, lokalnej modzie na coś. W jednej z moich poprzednich ‘prac’ ;) wpadłam w taki nastrój i ciężko się było z niego wygrzebać. Nazywam to ‘anty-inspiracjami’. Jeśli coś nas zaskakuje, konsternuje i daje do myślenia to fajnie. To jest inspiracja. Zanim coś mnie popchnie w jakimś kierunku, zasiewa we mnie ziarnko niepokoju. Wszystkie rzeczy twórczo stymulujące najpierw budzą we mnie nieokreślone emocje, nie wiem co o tym myśleć, muszę przerobić to w głowie, poddać analizie, żeby wreszcie się zachwycić. Wszystkie moje najfajniejsze ubrania kupiłam po długich deliberacjach z mieszanymi uczuciami. A od niechcenia kupuje się 15 szare rurki (to powinien być sygnał alarmowy, że popadliśmy w rutynę - źle). Jeśli jestem bezradna wobec jakiejś kwestii i zachowuję się jak dziecko we mgle, to łatwo rzecz jasna mnie zmanipulować. I wtedy pole do popisu mają tzw. anty-inspiracje. Jeśli 15 osób (naprawdę nie wiem, czemu drugi raz z rzędu używam liczby 15) w moim otoczeniu będzie w chwili mojej estetycznej słabości nosić niebieskie bluzki (nie trawię tego koloru), to ja też zacznę taką bluzkę nosić. Jeśli “prawdziwa ja” lubi dajmy na to ubrania etniczne, a w chwili takiej beznadziei stylistycznej przyjdzie mi obcować z wyznawczyniami sportowej elegancji, to ja się cholera zacznę ubierać jak ten kameleon w stylu sportowej elegancji. Muszę poszukać inspiracji, bo marnie skończę. Nawet zestawy moich ulubionych Skandynawek wydają mi się ostatnio takie przewidywalne i wtórne. Gwałtu rety! Potrzebuję przewartościowania w swojej szafie. Dobrą metodą jest zupełne wyrzucenie z głowy wszelkich myśli o ubraniach, wyczyszczenie dysku, nie zaprzątanie sobie tym głowy. Jest nadzieja, że z czasem się pod sufitem przejaśni po takim modowym detoksie i nie będzie takiej opcji, żeby byle co mogło estetycznie zbałamucić. Miejmy nadzieję! :)




skandynawia

17 04 2008

Spośród wszystkich mieszkańców globu najbardziej interesujący w kontekście ubioru wydają mi się Skandynawowie. W ogóle zauważyłam pewną prawidłowość. Mieszkańcy ciepłych zakątków świata ubierają się w sposób radosny, barwny, ale i banalny. Natomiast Ci mieszkający w rejonach gdzie pogoda nie rozpieszcza, mają znacznie bardziej wysublimowany gust. To oczywiście okropne generalizowanie, ale nie da się ukryć, że jest spora różnica w podejściu do kwestii ubioru mieszkańców północy i południa (mówiąc w uproszczeniu). Styl Skandynawów jest powściągliwy, trochę nonszalancki i niedbały, niezwykle oszczędny w formie, ale i finezyjny. Najbardziej inspirujące były dla mnie zawsze blogi, czy strony ze street fashion właśnie mieszkańców Norwegii, Finlandii, Szwecji, Danii. Ich podejście do estetyki jest surowe i niebanalne jednocześnie. To się zresztą przekłada nie tylko na modę, ale na design w ogóle. Na szczęście blogów modowych Ci u nich dostatek, więc jest co oglądać i czym się inspirować. Co wcale nie jest jak się okazuje dziwne, dzisiaj usłyszałam, że Finowie są największymi na świecie “zużywaczami” internetu, jakoś zaraz za nimi Duńczycy, Szwedzi i Norwegowie. Wracając do sedna - największe wrażenie robią na mnie kompozycje ubraniowe mieszkańców Skandynawii. Mają też na mnie największy wpływ. Pomyślmy - wszystkie moje ulubione blogi (oprócz polskich) są prowadzone przez Skandynawki! Podejrzewam, że będąc gdzieś w jakimś kraju skandynawskim oszalałabym z radości widząc na ulicach tych wszystkich wyluzowanych, zadowolonych z siebie ludzi, ubranych w sposób prosty, ale zaskakujący, wygodny i “od niechcenia”, ale w 100% dopracowany i dograny. No cholera, jak oni to robią? Mają to niechybnie w genach. Chyba się tego nie nauczymy…

Poniżej fotki z ostatnich dni, które mnie wyjątkowo zauroczyły.




rower

11 04 2008

W końcu go Wam przedstawiam - mój rower! W zasadzie to mój jedyny środek transportu przez 3/4 roku ( z wyłączeniem zimy). Dostałam go w prezencie w lipcu 2007. Jak go zobaczyłam to szczęka mi opadła, bo to absolutnie mój wymarzony rower. Dokładnie taki chciałam, w takim kolorze, z taką osłoną na łańcuch. A tu jest. To najfajniejszy prezent jaki dostałam w życiu tak swoją drogą. Miejskim rowerowaniem zaraziłam w październiku 2006 roku podczas pobytu w Berlinie. Przemieszczaliśmy się wtedy po mieście właśnie rowerami i wtedy dotarło do mnie jaka to genialna sprawa. Nie jestem typem sportowca, wręcz przeciwnie - jestem straszną ciamajdą. Ale rower kocham. Tzn. nie wypuszczam się na żadne wycieczki po lesie, to mnie zupełnie nie kręci. Rower jest dla mnie tylko i wyłącznie środkiem transportu. Będąc wówczas w Berlinie pierwszy raz załapałam, że rower można wykorzystywać w taki właśnie sposób. Że niepotrzebny jest sportowy strój i rower górski. Nota bene wtedy wyglądaliśmy wszyscy na tych rowerach jak ufoludki, bo byliśmy jedynymi ludźmi w całym Berlinie, którzy specjalnie do jazdy na rowerze przebrali się w jakieś sportowe fatałaszki. Szczerze mówiąc na tle barwnych mieszkańców tego miasta wyglądaliśmy komicznie. Od kiedy załapałam w czym rzecz, fascynują mnie wszelkie przejawy rowerowej mody. Sam wygląd roweru jest oczywiście elementem całego looku. W zeszłym sezonie bardzo brakowało mi kosza z przodu, ale kilka dni temu kupiłam sobie na allegro fajny wiklinowy koszyk, więc jestem już w 100% zadowolona. Nieprzypadkowo jedną z pierwszych zakładek na moim blogu była strona Copenhagen Cycle Chic. To jeden z moich ulubionych blogów street fashion. W Polsce na razie słabo z miejskim rowerowaniem, ale ilekroć wypatrzę na ścieżce rowerowej kogoś śmigającego na retro rowerze jak ja, jestem wniebowzięta. :)

Czapka/beanie: secondhand

Chustka/scarf: vintage

Parka: h&m

Torebka/clutch: vintage

Rękawiczki/gloves: h&m

Rurki/skinny jeans: h&m young

Botki/boots: vintage