setka
22 04 2008Kategorie : garderoba/wardrobe, parę słów/few words
Udało mi się upolować t-bary, o których tak intensywnie marzyłam. To już drugie buty w ostatnim czasie, które odnalazłam dzięki innym szafiarkom. Zobaczyłam je u Juny i wiedziałam, że muszę je mieć. No i mam. Dzięki nowym butom otworzyły się przede mną nowe możliwości komponowania zestawów. Trochę chyba już wychodzę dzięki temu z tej niemocy twórczej, która mnie ostatnio ogarnęła. Kryzys nie jest do końca zażegnany, ale nowy gadżet cieszy i prowokuje do próbowania nowych kombinacji. Naprawdę podła ze mnie materialistka i tyle Wam powiem.
Radzę powiększyć zdjęcie, bo dopiero wtedy widać, że mam na sobie bluzkę w wielokolorową łączkę!
Sweter/cardigan: h&m
Bluzka/blouse: h&m
Spodnie/pants: reserved
Rajstopy/tights: h&m
Buty/shoes: deichmann
Mam czasem wrażenie, że tracę rezon, rozpęd i pomysły. Że pochłania mnie jakaś nijakość. Że się wtapiam w tło. Czasami tak jest, głównie jak człowiek nie ma czasu, jest zapracowany. Wtedy ubieranie się ma wymiar jedynie praktyczny, przestaje być aktem twórczym. Ostatnio odniosłam wrażenie, że popadłam znowu w ten stan. On mnie czasami nawiedza i nie jest za fajny. Nie mam pomysłu na siebie, nawet nie do końca wiem co mi się podoba, brakuje mi rozeznania. Zupełnie stoję w miejscu, zero progresu. Jakoś ostatnio moja ścieżka stylistyczna po której podążam trochę się zatarła i z lekka zgłupiałam. Można taki etap poznać po tym, że ze zbyt dużą łatwością przychodzi wymyślanie w co się ubrać, że wszystko jest powtórką z tego co znane, że kopiujemy własne patenty. Właśnie czuję, że wyczerpałam wszystkie kombinacje z mojej poprzedniej bazy danych i potrzebny mi jest kopniak żeby iść dalej. To bardzo niebezpieczny moment. Kserowanie samego siebie to jest pół biedy, ale można w tym miejscu utknąć na dobre. Ba - można się uwstecznić! Czekam na jakiś powiew świeżości, na coś całkiem zaskakującego. A tu lipa. W takiej chwili łatwo dać się złapać na haczyk. Brać pomysły innych za swoje i wcielać je w życie. Ulec presji otoczenia, lokalnej modzie na coś. W jednej z moich poprzednich ‘prac’
wpadłam w taki nastrój i ciężko się było z niego wygrzebać. Nazywam to ‘anty-inspiracjami’. Jeśli coś nas zaskakuje, konsternuje i daje do myślenia to fajnie. To jest inspiracja. Zanim coś mnie popchnie w jakimś kierunku, zasiewa we mnie ziarnko niepokoju. Wszystkie rzeczy twórczo stymulujące najpierw budzą we mnie nieokreślone emocje, nie wiem co o tym myśleć, muszę przerobić to w głowie, poddać analizie, żeby wreszcie się zachwycić. Wszystkie moje najfajniejsze ubrania kupiłam po długich deliberacjach z mieszanymi uczuciami. A od niechcenia kupuje się 15 szare rurki (to powinien być sygnał alarmowy, że popadliśmy w rutynę - źle). Jeśli jestem bezradna wobec jakiejś kwestii i zachowuję się jak dziecko we mgle, to łatwo rzecz jasna mnie zmanipulować. I wtedy pole do popisu mają tzw. anty-inspiracje. Jeśli 15 osób (naprawdę nie wiem, czemu drugi raz z rzędu używam liczby 15) w moim otoczeniu będzie w chwili mojej estetycznej słabości nosić niebieskie bluzki (nie trawię tego koloru), to ja też zacznę taką bluzkę nosić. Jeśli “prawdziwa ja” lubi dajmy na to ubrania etniczne, a w chwili takiej beznadziei stylistycznej przyjdzie mi obcować z wyznawczyniami sportowej elegancji, to ja się cholera zacznę ubierać jak ten kameleon w stylu sportowej elegancji. Muszę poszukać inspiracji, bo marnie skończę. Nawet zestawy moich ulubionych Skandynawek wydają mi się ostatnio takie przewidywalne i wtórne. Gwałtu rety! Potrzebuję przewartościowania w swojej szafie. Dobrą metodą jest zupełne wyrzucenie z głowy wszelkich myśli o ubraniach, wyczyszczenie dysku, nie zaprzątanie sobie tym głowy. Jest nadzieja, że z czasem się pod sufitem przejaśni po takim modowym detoksie i nie będzie takiej opcji, żeby byle co mogło estetycznie zbałamucić. Miejmy nadzieję! ![]()
Spośród wszystkich mieszkańców globu najbardziej interesujący w kontekście ubioru wydają mi się Skandynawowie. W ogóle zauważyłam pewną prawidłowość. Mieszkańcy ciepłych zakątków świata ubierają się w sposób radosny, barwny, ale i banalny. Natomiast Ci mieszkający w rejonach gdzie pogoda nie rozpieszcza, mają znacznie bardziej wysublimowany gust. To oczywiście okropne generalizowanie, ale nie da się ukryć, że jest spora różnica w podejściu do kwestii ubioru mieszkańców północy i południa (mówiąc w uproszczeniu). Styl Skandynawów jest powściągliwy, trochę nonszalancki i niedbały, niezwykle oszczędny w formie, ale i finezyjny. Najbardziej inspirujące były dla mnie zawsze blogi, czy strony ze street fashion właśnie mieszkańców Norwegii, Finlandii, Szwecji, Danii. Ich podejście do estetyki jest surowe i niebanalne jednocześnie. To się zresztą przekłada nie tylko na modę, ale na design w ogóle. Na szczęście blogów modowych Ci u nich dostatek, więc jest co oglądać i czym się inspirować. Co wcale nie jest jak się okazuje dziwne, dzisiaj usłyszałam, że Finowie są największymi na świecie “zużywaczami” internetu, jakoś zaraz za nimi Duńczycy, Szwedzi i Norwegowie. Wracając do sedna - największe wrażenie robią na mnie kompozycje ubraniowe mieszkańców Skandynawii. Mają też na mnie największy wpływ. Pomyślmy - wszystkie moje ulubione blogi (oprócz polskich) są prowadzone przez Skandynawki! Podejrzewam, że będąc gdzieś w jakimś kraju skandynawskim oszalałabym z radości widząc na ulicach tych wszystkich wyluzowanych, zadowolonych z siebie ludzi, ubranych w sposób prosty, ale zaskakujący, wygodny i “od niechcenia”, ale w 100% dopracowany i dograny. No cholera, jak oni to robią? Mają to niechybnie w genach. Chyba się tego nie nauczymy…
Poniżej fotki z ostatnich dni, które mnie wyjątkowo zauroczyły.
Zrobiło się naprawdę ciepło! Akurat miałam wolny dzień, więc wybraliśmy się na spacer. Próbowaliśmy poznać w końcu możliwości nowego (wcale już nie tak nowego) aparatu (ach ten wieczny brak czasu). Wyobraźcie sobie, że udało nam się zrobić pierwsze dobre zdjęcie.
Drugie z prezentowanych, żeby nie było wątpliwości.
Plener z pewnością będzie powtarzany. Dobre zdjęcia też.
Acha - zdjęcia można teraz powiększać i to znacznie. Wystarczy kliknąć.
Skórzana kurtka/leather jacket: vintage
Chustka/scarf: h&m young
Spodnie/pants: secondhand
Trampki/shoes: ?
Okulary/shades: h&m men
Kolory i nastrój na zdjęciu iście listopadowy. Broszka, bluzka i oprawki okularów w tym samym odcieniu ciemnej oliwki. Pogoda jakaś taka zgniła, więc i kolory zgniłe. Gdzie ta wiosna? Piękną broszkę dostałam w prezencie od dobrej duszy. Jeszcze raz dziękuję. Nie spodziewałam się, że będę mieć z niej tyle pożytku i radości! Tzn. z broszki.
Jak tylko pogoda będzie lepsza (przez kilka ostanich dni padało), to wychodzę w plener. Znudziły mi się już zdjęcia na balkonie.
Bluzka/blouse: h&m
Okulary/sunglasses: h&m men
Bolerko/bolero: solar
Broszka/brooch: solar
Rurki/skinny jeans: h&m young
Botki/boots: vintage
Dziewczynka bo - usłyszałam w pracy, ze wyglądam w tej sukience “jak dziewczynka”.
Po drugie - zdjęcia zrobione w moim starym pokoju, u Rodziców.
Czyli w pokoju z czasów jak byłam jeszcze dziewczynką. Sukienka jest faktycznie bardzo dziewczęca, ale też budzi skojarzenia ciążowe. Jest naprawdę mocno rozkloszowana, chociaż na zdjęciach wyszła niepozornie. Od niej zaczęła się moja przygoda z kolorem szarym. Na tyle mnie ta kiecka zauroczyła, że postanowiłam przekonać się i do koloru, za którym w owym czasie nie przepadałam. Teraz nikt ani nic mnie już przekonywać nie musi, to jeden z moich ulubionych kolorów.
Tak dla draki para zdjęć.
Bluzka/blouse: secondhand
Sukienka/dress: secondhand
Rajstopy/tights: h&m
Buty/shoes: vintage
W końcu go Wam przedstawiam - mój rower! W zasadzie to mój jedyny środek transportu przez 3/4 roku ( z wyłączeniem zimy). Dostałam go w prezencie w lipcu 2007. Jak go zobaczyłam to szczęka mi opadła, bo to absolutnie mój wymarzony rower. Dokładnie taki chciałam, w takim kolorze, z taką osłoną na łańcuch. A tu jest. To najfajniejszy prezent jaki dostałam w życiu tak swoją drogą. Miejskim rowerowaniem zaraziłam w październiku 2006 roku podczas pobytu w Berlinie. Przemieszczaliśmy się wtedy po mieście właśnie rowerami i wtedy dotarło do mnie jaka to genialna sprawa. Nie jestem typem sportowca, wręcz przeciwnie - jestem straszną ciamajdą. Ale rower kocham. Tzn. nie wypuszczam się na żadne wycieczki po lesie, to mnie zupełnie nie kręci. Rower jest dla mnie tylko i wyłącznie środkiem transportu. Będąc wówczas w Berlinie pierwszy raz załapałam, że rower można wykorzystywać w taki właśnie sposób. Że niepotrzebny jest sportowy strój i rower górski. Nota bene wtedy wyglądaliśmy wszyscy na tych rowerach jak ufoludki, bo byliśmy jedynymi ludźmi w całym Berlinie, którzy specjalnie do jazdy na rowerze przebrali się w jakieś sportowe fatałaszki. Szczerze mówiąc na tle barwnych mieszkańców tego miasta wyglądaliśmy komicznie. Od kiedy załapałam w czym rzecz, fascynują mnie wszelkie przejawy rowerowej mody. Sam wygląd roweru jest oczywiście elementem całego looku. W zeszłym sezonie bardzo brakowało mi kosza z przodu, ale kilka dni temu kupiłam sobie na allegro fajny wiklinowy koszyk, więc jestem już w 100% zadowolona. Nieprzypadkowo jedną z pierwszych zakładek na moim blogu była strona Copenhagen Cycle Chic. To jeden z moich ulubionych blogów street fashion. W Polsce na razie słabo z miejskim rowerowaniem, ale ilekroć wypatrzę na ścieżce rowerowej kogoś śmigającego na retro rowerze jak ja, jestem wniebowzięta.
Czapka/beanie: secondhand
Chustka/scarf: vintage
Parka: h&m
Torebka/clutch: vintage
Rękawiczki/gloves: h&m
Rurki/skinny jeans: h&m young
Botki/boots: vintage
Nie wiem z jakiej przyczyny zdjęcie wskakuje mi dzisiaj w takim rozmiarze. Coś się chyba pokiełbasiło w wordpressie. Mam nadzieje, że wkrótce wszystko wróci do normy.
Zdjęcie także nie jest najwyższych lotów - efekt braku fotografa pod ręką, a niestety nie wiem jak rozwiązać kwestię robienia zdjęć samowyzwalaczem na balkonie.
Stąd niedoświetlony pokój. Nie ma chyba we mnie aż tyle sztywniactwa co w Sztywniarze, bo wychodzę z założenia że nie zawsze musi być idealnie, czasami może być trochę byle jak.
Sukienka/dress: vintage
Bolerko/bolero: solar
Rajstopy/tights: veneziana
Buty/shoes: deichmann
Tak tak, dobrze widzicie, babcie są bardzo inspirujące! Nie raz, nie dwa miałam ochotę napaść na starszą panią na ulicy.
Z błahego powodu - bo miała fajną torebkę, bo miała świetną retro torbę na zakupy, bo miała piękną chustkę, bo miała cudną broszkę, bo miała odjazdowy beret.
Oczywiście żartuję pisząc o tych planowanych napadach. Mówię jednak zupełnie poważnie o zazdrości jaką budzą we mnie wszelkie dodatki, a nierzadko ubrania pań po 70-ce. A jak dodatkowo pomyślę, że każda taka babcia ma zachomikowanych tyle szpargałów co moja Babcia na strychu, to płakać mi się chce, że się marnują. Jestem bardzo łasa na ładne przedmioty, a w szczególności na ładne przedmioty z duszą i historią. Szczególnie cenne wydają mi się akcesoria z lat 60-tych/70-tych, a więc najatrakcyjniejszymi babciami są te mniej więcej 80-letnie.
Zawsze mnie korci, żeby podejść do takiej starszej pani i powiedzieć jej, że zachwycam się jakimś jej dodatkiem, ale myślę że mogłabym ją tylko niepotrzebnie przestraszyć. Ale może zrobię kiedyś sesję street fashion z babciami w roli głównej. Teraz jako posiadaczka aparatu fotograficznego nie wykluczam takiej łapanki na ulicy. To dopiero byłby nowatorski pomysł! Jest naprawdę mnóstwo (mniej lub bardziej świadomie) bardzo stylowych babć. Często zdarza mi się obejrzeć na ulicy za taką interesującą babcią. Na ogół wodzę namiętnie wzrokiem za jakimś fajnym gadżetem dzierżonym w babcinej dłoni. A zapewniam, że mają babcie sporo obiektów godnych pożądania. No spójrzcie sami, jest na czym oko zawiesić.